Moje trzy Babcie

Dzieciństwo

Dorastałam z dwoma babciami. Nie, nie wychowywały mnie, wychowywali mnie rodzice, mam na myśli po prostu to, że miałam z nimi kontakt. Z jedną częstszy, z drugą rzadszy.
Babcia Jadzia i Babcia Zosia. Moje dwie Babcie.
Babcia Jadzia mieszkała bliżej. Siłą rzeczy więc widywałam ją częściej. Nie lubiłam, kiedy do nas przychodziła. Zabierała mi mamę. Nie wyganiały mnie, co prawda, z pokoju, ale musiałam być cicho, kiedy rozmawiały.
To były ich dorosłe rozmowy. Nie do końca też lubiłam odwiedzać Babcię Jadzię w jej domu. Pachniało tam bardzo intensywnie różnymi środkami czystości. Babcia była pielęgniarką i starała się wytępić zewsząd wszelkie zarazki. Raz w miesiącu, w soboty, Babcia Jadzia przyjeżdżała do nas z dziadkiem na wielkie sprzątanie. Szorowali wszystko niemal do gołej farby. Wtedy i u nas przez jakiś czas też tak pachniało,
jak u Babci…
Czasem u niej nocowałam, spało mi się dziwnie w wielkim i miękkim łóżku. O określonej porze Babcia gasiła światło i musiałam spać. Trochę się tych nocy bałam.
Na śniadanie dostawałam zupę mleczną. Na przekąskę jabłuszko dokładnie obrane ze skórki i pokrojone
w cząstki. Wszystkie talerzyki Babcia wyparzała wrzątkiem, zanim cokolwiek się na nich pojawiło.
U Babci Jadzi bywało jakoś sztywnie, obco, często się nudziłam. Czasem dziadek zabierał mnie na spacer
i tłumaczył mi świat, wtedy było przyjemnie.
Babcia Zosia mieszkała dalej, odwiedzałam ją rzadziej. Od czasu do czasu w weekend z rodzicami. Ale spędzałam też u Niej część wakacji. Lubiłam u Niej być. Pachniało tam szarlotką, makowcem albo plackiem ze śliwkami. W kuchni stała wielka otomana, na której można było siedzieć lub leżeć i rozmawiać z Babcią. Babcia zawsze miała czas i chęci na rozmowę. Rozmawiała ze mną piekąc, gotując, prasując. Pomagałam jej chętnie. A kiedy już wszystko było zrobione, siadałyśmy przy dużym kuchennym stole z herbatą i talerzem pełnym ciasta.
Na śniadanie dostawałam jajecznicę, uwielbiałam ją. Najbardziej lubiłam tzw. wyskrobki, czyli to, co przywarło do rondelka. Kiedy było nas u Babci więcej, bo na przykład w wakacje przyjeżdżało też moje kuzynostwo, Babcia Zosia każdemu smażyła jajecznicę w osobnym rondelku. Każdy dostawał swój, bo każdy lubił wyskrobki.
Po całych dniach biegaliśmy po polach i lasach, czasem Babcia prosiła, żebyśmy nazbierali jagód i robiła
z nich pyszne pierogi. Jedliśmy jabłka i czereśnie prosto z drzewa.
Kładliśmy się spać, o której tylko chcieliśmy. Jeśli byłam u Babci sama, bez innych dzieci, Babcia zostawiała otwarte drzwi do swojej sypialni, sąsiadującej z moim pokojem
i rozmawiała ze mną aż zasnęłam. Nigdy się nie nudziłam.
Babciu – opowiedz jak było, kiedy byłaś mała – prosiłam często.
Babcia Jadzia opowiadała…
Było ciężko wnusiu, było nas dużo w domu i bieda była, oj bieda. Z siostrą miałyśmy jedną parę butów na nas dwie. Zakładałyśmy je tylko w niedzielę do kościoła, więc musiałyśmy chodzić na różne godziny. Czekałam aż siostra wróci i przekaże mi buty.
Roboty było dużo w polu, w domu. Musiałam zajmować się młodszym rodzeństwem. Musiałam dobrze się uczyć w szkole i pogodzić to, na przykład, z kopaniem ziemniaków. Bardzo było ciężko.
Babcia Zosia opowiadała…
Wesoło było wnusiu, była nas duża gromada, więc zawsze było wesoło. I wiesz, tak śmiesznie było, bo
z siostrą moją – Walerką miałyśmy jedną parę butów, na spółkę, na niedzielę do kościoła, więc chodziłyśmy osobno, na różne godziny. A my byłyśmy bliźniaczki. Nigdy nikt nie wiedział, która to z nas idzie i wszyscy nas mylili. Niektórzy to nawet nie wiedzieli, że jesteśmy dwie. W szkole nauczyciele też nas nie rozpoznawali, więc każda uczyła się tego w czym była lepsza i, w razie czego, odpowiadała za tę drugą. Wesoło było wnusiu.
Młodość
Kiedy byłam nastolatką – zaczęli interesować mnie chłopcy. Normalne w tym wieku.
Babcia Jadzia zawsze pytała czy dobrze się uczę. Jeśli wspominałam jej o jakimś chłopaku, prychała niezadowolona.
– Masz czas dziewczyno – mówiła – teraz tylko się ucz. Nie zajmuj się głupotami.
– Babciu, ale ja się uczę bardzo dobrze, co mam robić w wolnym czasie?
– Ucz się Kasiu, ucz. Nauka jest najważniejsza.
Babcię Zosię zawsze interesowali moi chłopcy, cieszyła się wraz ze mną, kiedy opowiadałam jej
o pierwszych porywach serca.
– A powiedz Kasiu – jak tam ten Łukasz? – pytała.
– Nie zwracał na mnie w ogóle uwagi Babciu, odpuściłam. Teraz interesuję się Markiem.
– Oj, nie zwracał uwagi? To niemądry chłopak, przecież taka miła i ładna dziewczynka
z ciebie, ale to nic kochana, dobrze zrobiłaś, że odpuściłaś. A jaki ten Marek, fajny? – pytała.
Kiedyś Babcia Jadzia trafiła do szpitala. Miała jakąś operację. Odwiedziłam ją.
– Oj, Kasiu, po co ty przyszłaś, tu chorzy ludzie są, zarazki, to nie jest dla dziecka miejsce.
– Odwiedzić cię przyszłam babciu.
– Ale po co? Mnie nic nie trzeba.
– A jak ci tu babciu?
– Fatalnie, wiesz, tamta pani pod oknem to w nocy chrapie. A w dzień rodzina do niej przychodzi, chyba
z pięć osób. Rabanu robią tyle, hałasu. Śmieją się, rozprawiają. Odpocząć nie można.
– A jedzenie babciu?
– Jedzenie niedobre wnusiu, zimne, paskudne. I te panie co roznoszą – takie niemiłe.
– No to ja ci przyniosłam rosołek babciu. I mandarynki.
– Ale po co? Przecież ja nic nie potrzebuję. Nie róbcie sobie kłopotu.
W szpitalu leżała też Babcia Zosia. Odwiedziłam ją razem z moją kuzynką – rówieśniczką.
– Oj dziewczynki, jak dobrze, że przyszłyście. Jak się cieszę! Tu taka miła Pani ze mną leży
i syn ją odwiedza, wiecie jaki miły i przystojny? Poczekajcie dziewczynki, on zaraz pewnie przyjdzie, zawsze
w południe przychodzi, poznacie go. Może spodoba się którejś.
– Pomarańczki ci przyniosłyśmy, Babciu, i rosołek.
– Oj, cudownie, zjem chętnie. Chociaż jedzenie dobre tu dają, dziewczynki, a te panie, co roznoszą, jakie miłe! Zawsze więcej dołożą, pytają czy smakowało, a jedna to mi nawet po soczek do kiosku poszła. Bo ja wychodzić nie mogę, to ona mi kupiła. Dobrze mi tu, dziewczynki, mam z kim porozmawiać. I lekarze tacy mili
i pielęgniarki. O, jest syn tej pani, Paweł ma na imię. Panie Pawełku, pan pozwoli, przedstawię panu moje wnuczki.
Babciu opowiedz o swojej młodości i chłopakach…
– Jakich chłopakach? – obruszała się Babcia Jadzia – Nie było czasu na to. Tylko nauka i robota, dużo, dużo roboty. I uczyć się musiałam, bo chciałam do czegoś dojść. Nie pamiętam żadnych chłopaków.
Aż dopiero dziadka poznałam. Ale to już wtedy 22 lata miałam. No to musiałam myśleć o założeniu rodziny.
– Zakochałaś się Babciu?
– Co? Wtedy się o tym nie myślało. Dziadek porządny był, pracowity, to wystarczyło. Musiałam za mąż wyjść, bo jak inaczej?
– No ładne były z nas dziewczyny, ze mnie i z mojej siostry Walerki – zaczynała Babcia Zosia – to i chłopaków kręciło się mnóstwo. Ale my byłyśmy takie trochę dzikie, śmiałyśmy się z nich. Oni nigdy nie wiedzieli, z którą z nas mają do czynienia, bo my tak samo wyglądałyśmy. Bywało, że jakiś chłopak do mnie zagadywał, jakby mnie dobrze znał, a ja go nigdy wcześniej nie widziałam. Śmiechu było, co niemiara.
Potem poznałam dziadka, zaimponował mi, bo był starszy, doświadczony. Pobraliśmy się.
– Kochałaś go Babciu?
– Wiesz, nie wiem. Był inny, niż Ci wszyscy szaleni chłopcy. Odpowiedzialny, poukładany. Dobre życie mieliśmy razem i chyba zaczęłam go kochać w którymś momencie. Kochałam
z każdym dniem bardziej, a dziś nie wyobrażam sobie życia bez niego.
Dorosłość
Skończyłam studia, zakochałam się, wyszłam za mąż. Mamy wspaniałego syna, ale nie potrafiliśmy się
z mężem porozumieć. Dorosłość chyba nas trochę przerosła.
Babciu, a jak było jak wyszłaś za mąż?
Babcia Jadzia:
– Dzieci nam się porodziły, musieliśmy je wychować. Dużo roboty przy dwójce dzieci było. Pracą się dzieliliśmy tak, że ja na rano pracowałam, a dziadek na popołudnie. Wymienialiśmy się przy dzieciach
i prawie się nie widywaliśmy. Ale musieliśmy sobie poradzić, bo kto niby miałby nam pomóc?
– A rodzice?
– Nie mieli czasu, swoje sprawy mieli. Teściowa może by mogła, ale ja nie chciałam. Ona nie znała higieny, pies u niej po domu latał, sierść fruwała, jeszcze by mi się dzieci pochorowały.
– No, ale przecież by do was z psem nie przyjechała…
– Ale ona źle naczynia myła, niedokładnie, nie wyparzała. Tak nie można przy dzieciach.
– To miałaś szczęście, że dziadek tak ci pomagał Babciu.
– No, wychowałam go sobie. Najpierw to nie umiał nic zrobić, ale się musiał nauczyć – sprzątać, gotować, pieluchy zmieniać. Każdy musiał dbać o dom i o dzieci. I palić mu w domu zakazałam, bo to dzieciom szkodzi. I w ogóle świństwo, wszystkim szkodzi.
Babcia Zosia:
– Córki nam się porodziły piękne, jaka to radość Kasiu, jak się dziecko rodzi… Ile chwil cudownych, tak patrzeć jak rośnie… I jeszcze dwóch synów siostry mojej, bliźniaczki, Walerki wychowywałam. Bo jej się, niebodze, przedwcześnie umarło. Wesoła czwóreczka w domu była, dwie dziewczynki i dwóch chłopców. Szczęście miałam, bo ja nie musiałam do pracy chodzić, a dziadek miał warsztat stolarski przy domu.
To i miałam go pod ręką. I mama moja z nami mieszkała, pomagała jak mogła.
– Babciu, a dziadek w domu coś ci pomagał? I przy dzieciach?
– W domu? Nie… Dlaczego? Dom to była moja domena, on miał swój warsztat i pieniądze zarabiał.
Z dziećmi to lubił posiedzieć, fajkę sobie pykał, a one na kolanach mu siedziały i opowiadał im historie różne. Patyki im strugał, domek dla lalek dziewczynkom zrobił. A chłopakom takie koniki drewniane.
– Jak to fajkę pykał, a one na kolanach, babciu? Wdychały ten dym?
– Wtedy się tak nie mówiło o szkodliwości, Kasiu. Ale, popatrz, jakoś im nie zaszkodziło, wyrosły duże,
a same nie paliły nigdy… Tytoń dziadka pięknie pachniał, dzieci to lubiły, ja też zresztą….
Epilog
Moje dwie Babcie… Babcia Jadzia i Babcia Zosia… Tak różne obie…
Kiedyś żal mi było Babci Jadzi, że takie ciężkie życie miała.
Chciałam mieć takie życie, jak Babcia Zosia. Pełne radości, uśmiechu, szczęścia…
Babcia Jadzia nigdy nie była zadowolona. Denerwowało mnie jej narzekanie i to, że nie potrafiła się cieszyć.
Ale z wiekiem i ja narzekać zaczęłam. Coraz więcej i więcej… Obwiniałam świat cały za swoje życie nieudane. Przeszłam długą drogę, zanim zrozumiałam, że tylko ode mnie zależy jak swoim życiem pokieruję. I jak będę odbierać to, co mnie spotyka. Moje życie nagle nabrało rozpędu, rozstałam się z pierwszym mężem, poznałam wspaniałego mężczyznę, stworzyliśmy dom.
Zrozumiałam, że koleje losu moje dwie Babcie miały bardzo podobne. Obie pochodziły
z wielodzietnych rodzin. Obie dobrych i porządnych mężów miały, obie po dwójce dzieci. Obie straciły rodzeństwo… Tyle, że w rodzinie Babci Jadzi o tym się za wiele nie mówiło. Jakby nikt nie chciał pamiętać. Późno się dowiedziałam o tej stracie, dopiero jak byłam dorosła.
A Babcia Zosia chętnie o siostrze Walerce opowiadała. Musiała ją jednak ta śmierć mocno dotknąć, bliźnięta są ze sobą zwykle bardzo związane. Myślę, że w odpowiednim czasie przeżyła do końca swój żal
i poszła dalej. Nie zapomniała, ale wiedziała, że trzeba żyć.
Wychowywała dwójkę dzieci swojej zmarłej siostry. Nigdy się nie skarżyła, nigdy nie narzekała. Zawsze się uśmiechała. Była wdzięczna. Za wszystko była wdzięczna. Za męża, dzieci, dom, wnuki… Nawet jak dziadek umarł, nadal była wdzięczna. Wciąż się uśmiechała.
Dziś nie ma już Babci Zosi. Dziękuję jej za to, że była moją Babcią i tyle mądrości mi przekazała. Swoją postawą i między wierszami. Szkoda, że tyle czasu mi zajęło, zanim nauczyłam się między tymi wierszami czytać. Bez Niej nie byłabym tym, kim jestem.
A Babcia Jadzia jest z nami. Już mnie jej narzekanie nie denerwuje. Uśmiecham się, pokazuję jej małe radości. Powolutku, po trochu. Nie zawsze słucha. Nie zawsze przyjmuje… Ale czasem płacze… Od kiedy umarł dziadek – płacze… Dawniej nie płakała. Nigdy nie widziałam jej płaczącej. Płacz jest dobry. Oczyszcza emocje. Uzdrawia. Parę razy nawet się zdarzyło, że nieśmiały uśmiech wyjrzał zza tych jej łez. Wiem, że nie zostało nam zbyt wiele czasu. Każdy jej mały uśmiech, każdy błysk w jej oku są na wagę złota. Dziękuję Ci Babciu, że jesteś moją Babcią i tyle mądrości mi przekazujesz. Bez Ciebie nie byłabym tym, kim jestem…
Są we mnie cząstki wszystkich moich trzech Babć. Wszystkie ważne, wszystkie potrzebne. Niczego w życiu nie żałuję, za wszystkie doświadczenia jestem wdzięczna. I za wszystkie nauki dziękuję. Bez jednej chociażby z nich, nie zrozumiałabym innych. Jestem kobietą, więc ważne są dla mnie moje „przodkinie”. Jestem Katarzyna, wnuczka Jadwigi, Walerii i Zofii, córka Ewy.
Moimi rodzonymi Babciami były Jadzia i Walerka…
Waleria… Nieżyjąca siostra bliźniaczka Babci Zosi… Nie było mi dane Jej poznać…
Reklamy